„Nie sądziłem, że zacznie się takim banaaaałem”, jak by powiedział dr Latoszek (niestety, bycie administratorem forum serialu „Na dobre i na złe” czyni nieodwracalne zmiany w psychice). Tak czy inaczej, moje wynurzenia na szeroko pojęte tematy kulturalne zacznę od podzielenia się wrażeniami z filmów o miłości, które ostatnio wywarły na mnie duże wrażenie. Żeby było jasne – to, co mnie wzrusza nie zawsze jest dobre, choć akurat w tym przypadku te dwie cechy idą w parze.
Po pierwsze:
Piękna i Bestia
Nie robię wielkiej tajemnicy z faktu, że przy disneyowskich produkcjach wylewam wiadra łez – ale taka już moja specyfika, że -ku przerażeniu bliskich- lubię filmy i książki dla dzieci (tylko czekać, aż zacznę gustować w Bobo Frutach ;]) Tak się jednak stało, że „Piękna i Bestia” weszła na ekrany kin gdy miałam dwa lata, a potem przez długi czas rodzice odmawiali zakupu wideo, więc nie miałam okazji poznać animacji, którą wielu… no dobra, Wikipedia, uważa za jedną z najlepszych w okresie tzw. Disneyowskiego renesansu. Tak przy okazji, wiedzieliście że coś takiego w ogóle istnieje? Jednak czegoś się można dowiedzieć z poczciwej wiki – mimo że „citation needed” ;>
Ostatnio jednak na skutek starczej demencji śródsemestralnego przemęczenia nabrałam ochoty na obejrzenie tego filmu i po niespecjalnie długich poszukiwaniach znalazłam cały na youtube. Jakiś święty człowiek a.k.a Polishdisney wrzucił tam szalone ilości zdubbingowanych disneyowskich filmów. Trzymajcie kciuki żeby nie zablokowano mu konta, bo niestety yt ma tę uroczą cechę, że wszystko co dobre z niego bardzo szybko znika.
Jako że jestem marudą, miałam pewne wątpliwości, czy historia tak oklepana i do tego na kilometr zalatująca syndromem sztokholmskim może się podobać. Przyznajcie sami – młodzieniec, na którego wróżka rzuciła urok, który złamie tylko prawdziwa miłość, piękna dziewczyna uwięziona w mrocznym zamku, gadające sprzęty gospodarstwa domowego… wszystko już było. Tylko że „Piękna i Bestia” to ekranizacja baśni – a one mają przecież z założenia kreować wzorce, a nie zaskakiwać nowatorstwem. Poza tym – ogląda się niezwykle przyjemnie, a i łezka może się w oku zakręcić.
Pod względem fabularnym tak naprawdę nie dzieje się wiele – z góry wiadomo, że historia będzie o miłości, więc scenarzyści nie silą się na wydumane wątki poboczne i skupiają się na ukazaniu rozwoju uczuć między tytułowymi bohaterami. No, jest jeszcze półkretyn Gaston chwalący się, że ma „na całym ciele sierść” i – co gorsza – pokazujący w pewnym momencie owłosioną klatę, ale w końcu w baśni ktoś musi być Tym Złym i Durnym
Tak więc przez większość czasu obserwujemy przemianę Bestii z potwora pomiatającego służbą we wrażliwego mężczyznę.



Okazuje się, że z banału można jednak stworzyć historię, w którą się po prostu wierzy. Płaczemy i rozpaczamy razem z bohaterami, czujemy rodzące się między nimi uczucie. To wszystko dzięki wspaniałym postaciom – Bella jest naprawdę urocza, troskliwa i uparta, a Bestia, choć z początku brutalny, ma w oczach tyle wrażliwości (scena, w której Bella patrzy Adamowi/Bestii w oczy jest przepiękna), że chyba nikt nie ma wątpliwości, co siedzi w nim naprawdę
No i przezabawne postaci drugoplanowe i piękne piosenki – ale to już może być dyskusyjne, wiem. W końcu nie każdy lubi, gdy bohaterowie ni stąd ni z owąd zaczynają śpiewać, a łyżeczki odstawiają pływanie synchroniczne w wazie z ponczem. No i raczkująca wtedy grafika komputerowa marudom nie przypadnie do gustu, ale marudy same sobie winne
Film reklamował się jako najpiękniejsza historia miłosna, jaką kiedykolwiek opowiedziano – nie mnie to oceniać, ale rzeczywiście magii może jej zazdrościć większość romansów.
Tak przy okazji – jaką ja jestem szczęściarą, że kształtował mnie właśnie disneyowski renesans, nie digimony czy inne maszkarony
Co te współczesne dzieci mają z życia?
Przeminęło z wiatrem
Istnieje większa sztampa? Nie. Istnieje większy wyciskacz łez? Nie. (Titanic do boru, ale o tym kiedy indziej). Istnieje równie długi film, który ani na chwilę nie pozwala się nudzić? Nie.
Nie ma potrzeby piać nad najpopularniejszym filmem wszechczasów w nieskończoność; każdy coś słyszał, większości coś mówi zdanie „Pomyślę o tym jutro”. Niemniej po czwartym chyba zetknięciu z adaptacją powieści Margaret Mitchell (warto!) mam silną potrzebę dorzucenia swoich trzech groszy.
Przede wszystkim – jak głosi tytuł, film, tak jak i książka, jest opowieścią o tym, co już nie wróci. Może w niespecjalnie finezyjny sposób, ale obrazy barbecue w Dwunastu Dębach a potem tej samej posiadłości – spalonej i opuszczonej, ludzi, którzy kiedyś myśleli, że świat leży u ich stóp, a potem biedniejszych od własnych niewolników grają na emocjach widza. Obserwujemy sielankowe życie w Tarze (mimo że każdy w miarę rozgarnięty człowiek wie, że na południu Stanów przed wojną secesyjną różowo nie było) i sami tęsknimy za takim domem.
Po drugie – Scarlett jest postacią niezwykłą. Bo jest inna niż jej wydelikacone rówieśniczki, bo mimo swoich wad prze naprzód i pokonuje wszystkie przeciwności. Niesamowicie przypomina moją mamę, która nie mając przywar Scarlett ma wszystkie jej zalety. A sama O’Hara jest urocza, samolubna i piękna, ale to ostatnie to już bardziej zasługa niewiarygodnej Vivien Leigh

Skoro cały artykuł o miłości – to i o wątku romansowym w GWTW wspomnieć należy
Ich pocałunki przeszły do legendy (zwłaszcza, że grający Rhetta Clark Gable miał sztuczną szczękę, a Vivien Leigh nie lubiła go całować, bo trąciło mu z ust ;D), a w swoim czasie wzbudzały skandal. Bo kto to widział żeby w latach trzydziestych filmowe pocałunki trwały tak długo? Niemniej moim zdaniem jakieś mdłe cmoknięcia nie pasowałyby do relacji Rhetta i Scarlet. Każda kobieta marzy o takim facecie – chociaż może z inną aparycją, bo z całym szacunkiem, Gable z wąsikiem fryzjera, porcelanowym zgryzem i uszami wielkości spodków wyglądał komicznie, a nie uwodzicielsko
Sposób, w jaki Scarlett wszystko straciła – nie każdy by potrafił tak widowiskowo schrzanić sobie życie

A jeśli się nie lubi Scarlett (ponoć są tacy ;D) i nie rusza kogoś Romans Wszech Czasów, zawsze warto zobaczyć, jak się robiło filmy siedemdziesiąt lat temu. Rozmach, piękne kostiumy, wielkie sceny zbiorowe poprzeplatane zupełnie anachroniczną chwilami grą aktorską i malowanymi tłami rozczulają. Poza tym, drogie panie, która z nas nie chciałaby mieć sukni, którą zajęłaby szczelnie całą kanapę? ;D

Podróż przedślubna
Nawet świąteczna ramówka może człowieka pozytywnie zaskoczyć. Głównie tym, że coś, co zapowiadało się na niezłą szmirę, wcale nią nie było. Gdy się czyta w programie telewizyjnym zapowiedź w stylu „On jedzie na wesele i spotyka Ją. Jadą razem przez Stany i mają dużo przygód”, zakończenie wydaje się jasne. Rzut oka na obsadę tylko utwierdza w przekonaniu, że nie warto. Okazuje się jednak, że książek nie ocenia się po okładce, a filmów po opisach z „Tele Świata”.
Sandra Bullock jest aktorką całkiem niezłą, więc nie zaskoczyła mnie ani na plus, ani na minus. Natomiast Ben Affleck, którego dotąd darzyłam umiarkowaną sympatią, po raz pierwszy mnie do siebie przekonał. Może dlatego, że nie grał zblazowanego maczo mena, tylko zwykłego faceta, który się czegoś boi, a czegoś wstydzi. No i ta scena striptizu w barze dla gejów- bezcenna
Scenariusz nie jest może zaskakujący, ale ogląda się przyjemnie, a końcówka filmu mnie pozytywnie zaskoczyła. No i samo przesłanie jest mi szczególnie bliskie – pojawiają się w naszym życiu ludzie, którzy zmieniają nasze patrzenie na życie, a potem znikają. I to nie jest smutne ani denerwujące, tylko piękne.
Jak na hollywoodzką produkcję taśmową – naprawdę warto.

Tagi: beauty and the beast, disney, forces of nature, gone with the wind, piękna i bestia, podróż przedślubna, przeminęło z wiatrem