Love is still all around me

Posted in Film tagi , , , , , , , , on wrzesień 24, 2009 by bonduelle

Jakoś tak się dziwnie złożyło, że wszystkie filmy, które ostatnio widziałam, traktują o miłości. Fakt, że mam do romansideł wszelkiej maści słabość, ale naprawdę nie dobierałam mojej listy odtwarzania pod kątem atrakcyjności wątku miłosnego.Takie historie chyba same mnie znajdują ;) Tak czy inaczej, zapraszam na mały przegląd.

Czytaj dalej »

Serialowy zawrót głowy I

Posted in Seriale tagi , , , , , , , on wrzesień 9, 2009 by bonduelle

Po ultradługiej przerwie czas powrócić do marudzenia na wszelkie wytwory ludzkiej kultury. Oby powrót był na stałe, a nowe wpisy pojawiały się (w miarę) regularnie ;)

Niniejszym rozpoczynam nową rubrykę, w której głównie umieszczać będę moje reakcje na nowe odcinki seriali; jako że jednak w wakacje (które dla mnie jeszcze trwają – kocham studia, niach niach) takowe się nie ukazują, to na pierwszy ogień pójdą moje – ach, jakże konstruktywne – wrażenia po obejrzanych ostatnio produkcjach. Zapraszamy :)

Czytaj dalej »

The Japanese know how to be strange

Posted in Anime, Fan fiction tagi , , on kwiecień 28, 2009 by bonduelle

Oglądanie anime budzi we mnie nieco niepokojącą refleksję. Otóż Japończycy, uznawani za spokojnych i dość konserwatywnych, mają w głowie tak pokręcone fantazje, że to się w głowie nie mieści. Dowodem trzy obejrzane przeze mnie ostatnio anime.

Nie jestem ani wielką fanką (a.k.a otaku), ani specjalistką w gatunku, ot, po prostu lubię od czasu do czasu obejrzeć niewymagającą myślenia historyjkę z zabawnymi wielkookimi postaciami. Oczywiście nie uważam, że wszystkie anime są proste i banalne – ja po prostu takie wybieram, bo sama jestem prosta :)

Więc lecimy – krótki przegląd obejrzanych przeze mnie ostatnio pozycji spod znaku shōjo.

Itazura na kiss (ang. Playful kiss)


Polecona mi przez Anię (:*) historyjka miłosna o Kotoko, dość przygłupiej dziewuszce kochającej się w koledze – geniuszu, z którym musi mieszkać, bo jej domostwo na skutek partackiego wykonania raczyło się zawalić.  Zapowiadało się fajnie i niewątpliwie miało urocze momenty (np. koniec przedostatniego odcinka), ale ogólny wydźwięk mnie lekko przeraża. Obiekt westchnień głównej bohaterki jest bucem od początku do samego końca i nawet kiedy wreszcie stwierdza, że ją kocha, nadal sprawia wrażenie jakby robił jej łaskę pozwalając jej przebywać w swoim otoczeniu. No i facet ją nieustannie poniża i wyśmiewa, co na Kotoko nie robi żadnego wrażenia. Dziewczyna walczy i walczy, daje się równać z błotem z uporem godnym lepszej sprawy.

Może jestem dziwna, ale historia z przesłaniem “nawet jeśli facet ma cię za nic, i tak o się o niego bij” nie powinna być puszczana małolatom.

Za to rysunek jest słodki, a opening wpada w ucho :)

Lovely complex


Niech żyje anime planet, dzięki któremu wpadłam na to anime. Opowieść o Otanim i Koizumi, parze wiecznie sprzeczających się ze sobą licealistów, których dzieli tylko 16 centymetrów wzrostu (tylko że to dziewczyna jest wyższa) niejednokrotnie ubawiła mnie do łez. Te postaci, mimo wyjątkowo przerysowanej kreski i – czasem – zachowań, naprawdę żyją, mają swoje pasje, wzbudzają sympatię i nie sposób nie śmiać się i nie martwić razem z nimi. Z Risą można się identyfikować, bo nie jest łagodną i niewinną gąską, a Atsushi mimo wzrostu siedzącego psa ma tony uroku. No i wspaniała Nobu, jedna z fajniejszych przyjaciółek, jaką widziałam (oprócz moich własnych ;D), zawsze gotowa Risę kopnąć w tyłek albo pocieszyć, w zależności od potrzeby.

Minusy? To, co w “Itazurze” – Risa nic sobie nie robi z tego, że Otani parę razy daje jej kosza i zapominając o wszelkiej przyzwoitości walczy dalej. Fakt, że dostaje co swoje, ale jakim kosztem? Ile można kogoś błagać żeby zwrócił na nas uwagę?

Niemniej- polecam. Było mi naprawdę smutno po ostatnim odcinku, że nie ma nic więcej. A jako że jestem wielką miłośniczką fan fiction – polecam dwie historie:

Lovely Marriage – tytuł mówi sam za siebie. Słodkie, ale bardzo wiarygodne. Świetne przedstawienie postaci.

His – krótka rozmowa Risy i Otaniego, absolutnie w ich stylu, no i bardzo urocza :)

Myself; Yourself


Tytuł, oprócz niezrozumiałej konstrukcji, nic nie mówi o fabule. A ta zapowiada się bardzo ciekawie. Sana wraca po kilku latach do miasteczka, w którym spędził dzieciństwo i na nowo poznaje dawnych przyjaciół. Oczywiście każdy z nich swoje przez ten czas przeszedł i trudno liczyć na sielankę… Pomysł jest więc świetny, przynajmniej moim zdaniem. Każdy jest przecież ciekaw, co się dzieje z jego przyjaciółmi sprzed wieków (dlatego kochamy naszą klasę ;D). Niemniej scenarzyści z niezłego początku poszli w zupełnie złą stronę.

Otóż rzeczywiście – każda postać otrzymuje swoją traumę (albo idiotycznie duży biust… ale to też żadna przyjemność dla właścicielki), tylko że w tak zhiperbolizowanej postaci, że staje się to trudne do wytrzymania. Gdyby zmniejszyć intensywność każdej tragedii o połowę – byłoby świetnie. A tak człowiek ogląda i zastanawia się, co tym biednym postaciom ześle kolejny odcinek. Bo nie jest możliwe, żeby w gronie góra dziesięciu osób rozgrywały się wszelkie możliwe patologie.

Anime ma oczywiście swoje niewątpliwe plusy – przede wszystkim nastrój. Pusty pokój Sany robił na mnie spore wrażenie – czysty, cichy i sterylny. Naprawdę czuło się samotność chłopaka. Poza tym relacje między rodzeństwem Watatsuki ukazano w bardzo poruszający sposób (choć oczywiście scenarzyści nie byliby sobą, gdyby nie wprowadzili do ich wątku zupełnie zbędnych elementów)… no i REWELACYJNY ending (Kanako Itō – Kimi to Yozora  to Sakamichi to). Jestem od niego uzależniona, przyznaję bez bicia. Można go posłuchać tu.

***

No dobrze, ale jak się to wszystko ma do tematu wpisu? Otóż w każdym z przytoczonych anime (i kilku innych, które ostatnio widziałam) pojawia się jakiś transseksualista. Często – ktoś okazuje się homoseksualistą, czasem ktoś pada ofiarą gwałtu. I to jest w tych historiach dość normalne, nie urasta do rangi niezwykłego wydarzenia. Należę do osób o sporym progu akceptacji i absolutnie nie mam uprzedzeń w stosunku do osób o orientacji innej niż moja tudzież transseksualistów właśnie, ale VITTU! Pakowanie ich do każdej opowieści jest przesadą i świadczy o czyichś niezdrowych fascynacjach. No ale cóż, może to właśnie jest japoński sposób na radzenie sobie z własną seksualnością – oglądać dziwne animowane historie.

Love itself is never cliché

Posted in Film tagi , , , , , , on kwiecień 12, 2009 by bonduelle

“Nie sądziłem, że zacznie się takim banaaaałem”, jak by powiedział dr Latoszek (niestety, bycie administratorem forum serialu “Na dobre i na złe” czyni nieodwracalne zmiany w psychice). Tak czy inaczej, moje wynurzenia na szeroko pojęte tematy kulturalne zacznę od podzielenia się wrażeniami z filmów o miłości, które ostatnio wywarły na mnie duże wrażenie. Żeby było jasne – to, co mnie wzrusza nie zawsze jest dobre, choć akurat w tym przypadku te dwie cechy idą w parze.

Po pierwsze:

Piękna i Bestia

Nie robię wielkiej tajemnicy z faktu, że przy disneyowskich produkcjach wylewam wiadra łez – ale taka już moja specyfika, że -ku przerażeniu bliskich- lubię filmy i książki dla dzieci (tylko czekać, aż zacznę gustować w Bobo Frutach ;])  Tak się jednak stało, że “Piękna i Bestia” weszła na ekrany kin gdy miałam dwa lata, a potem przez długi czas rodzice odmawiali zakupu wideo, więc nie miałam okazji poznać animacji, którą wielu… no dobra, Wikipedia, uważa za jedną z najlepszych w okresie tzw. Disneyowskiego renesansu. Tak przy okazji, wiedzieliście że coś takiego w ogóle istnieje? Jednak czegoś się można dowiedzieć z poczciwej wiki – mimo że “citation needed” ;>

Ostatnio jednak na skutek starczej demencji śródsemestralnego przemęczenia nabrałam ochoty na obejrzenie tego filmu i po niespecjalnie długich poszukiwaniach znalazłam cały na youtube. Jakiś święty człowiek a.k.a Polishdisney wrzucił tam szalone ilości zdubbingowanych disneyowskich filmów. Trzymajcie kciuki żeby nie zablokowano mu konta, bo niestety yt ma tę uroczą cechę, że wszystko co dobre z niego bardzo szybko znika.

Jako że jestem marudą, miałam pewne wątpliwości, czy historia tak oklepana i do tego na kilometr zalatująca syndromem sztokholmskim może się podobać. Przyznajcie sami – młodzieniec, na którego wróżka rzuciła urok, który złamie tylko prawdziwa miłość, piękna dziewczyna uwięziona w mrocznym zamku, gadające sprzęty gospodarstwa domowego… wszystko już było. Tylko że “Piękna i Bestia” to ekranizacja baśni – a one mają przecież z założenia kreować wzorce, a nie zaskakiwać nowatorstwem. Poza tym – ogląda się niezwykle przyjemnie, a i łezka może się w oku zakręcić.

Pod względem fabularnym tak naprawdę nie dzieje się wiele – z góry wiadomo, że historia będzie o miłości, więc scenarzyści nie silą się na wydumane wątki poboczne i skupiają się na ukazaniu rozwoju uczuć między tytułowymi bohaterami. No, jest jeszcze półkretyn Gaston chwalący się, że ma “na całym ciele sierść” i – co gorsza – pokazujący w pewnym momencie owłosioną klatę, ale w końcu w baśni ktoś musi być Tym Złym i Durnym ;) Tak więc przez większość czasu obserwujemy przemianę Bestii z potwora pomiatającego służbą we wrażliwego mężczyznę.

Okazuje się, że z banału można jednak stworzyć historię, w którą się po prostu wierzy. Płaczemy i rozpaczamy razem z bohaterami, czujemy rodzące się między nimi uczucie. To wszystko dzięki wspaniałym postaciom – Bella jest naprawdę urocza, troskliwa i uparta, a Bestia, choć z początku brutalny, ma w oczach tyle wrażliwości (scena, w której Bella patrzy Adamowi/Bestii w oczy jest przepiękna), że chyba nikt nie ma wątpliwości, co siedzi w nim naprawdę :) No  i przezabawne postaci drugoplanowe i piękne piosenki – ale to już może być dyskusyjne, wiem. W końcu nie każdy lubi, gdy bohaterowie ni stąd ni z owąd zaczynają śpiewać, a łyżeczki odstawiają pływanie synchroniczne w wazie z ponczem. No i raczkująca wtedy grafika komputerowa marudom nie przypadnie do gustu, ale marudy same sobie winne :)

Film reklamował się jako najpiękniejsza historia miłosna, jaką kiedykolwiek opowiedziano – nie mnie to oceniać, ale rzeczywiście magii może jej zazdrościć większość romansów.

Tak przy okazji – jaką ja jestem szczęściarą, że kształtował mnie właśnie disneyowski renesans, nie digimony czy inne maszkarony ;) Co te współczesne dzieci mają z życia?

Przeminęło z wiatrem

Istnieje większa sztampa? Nie. Istnieje większy wyciskacz łez? Nie. (Titanic do boru, ale o tym kiedy indziej). Istnieje równie długi film, który ani na chwilę nie pozwala się nudzić? Nie.

Nie ma potrzeby piać nad najpopularniejszym filmem wszechczasów w nieskończoność; każdy coś słyszał, większości coś mówi zdanie “Pomyślę o tym jutro”. Niemniej po czwartym chyba zetknięciu z adaptacją powieści Margaret Mitchell (warto!) mam silną potrzebę dorzucenia swoich trzech groszy.

Przede wszystkim – jak głosi tytuł, film, tak jak i książka, jest opowieścią o tym, co już nie wróci. Może w niespecjalnie finezyjny sposób, ale obrazy barbecue w Dwunastu Dębach a potem tej samej posiadłości – spalonej i opuszczonej, ludzi, którzy kiedyś myśleli, że świat leży u ich stóp, a potem biedniejszych od własnych niewolników grają na emocjach widza. Obserwujemy sielankowe życie w Tarze (mimo że każdy w miarę rozgarnięty człowiek wie, że na południu Stanów przed wojną secesyjną różowo nie było) i sami tęsknimy za takim domem.

Po drugie – Scarlett jest postacią niezwykłą. Bo jest inna niż jej wydelikacone rówieśniczki, bo mimo swoich wad prze naprzód i pokonuje wszystkie przeciwności. Niesamowicie przypomina moją mamę, która nie mając przywar Scarlett ma wszystkie jej zalety. A sama O’Hara jest urocza, samolubna i piękna, ale to ostatnie to już bardziej zasługa niewiarygodnej Vivien Leigh ;)

Skoro cały artykuł o miłości – to i o wątku romansowym w GWTW wspomnieć należy :) Ich pocałunki przeszły do legendy (zwłaszcza, że grający Rhetta Clark Gable miał sztuczną szczękę, a Vivien Leigh nie lubiła go całować, bo trąciło mu z ust ;D), a w swoim czasie wzbudzały skandal. Bo kto to widział żeby w latach trzydziestych filmowe pocałunki trwały tak długo? Niemniej moim zdaniem jakieś mdłe cmoknięcia nie pasowałyby do relacji Rhetta i Scarlet. Każda kobieta marzy o takim facecie – chociaż może z inną aparycją, bo z całym szacunkiem, Gable z wąsikiem fryzjera, porcelanowym zgryzem i uszami wielkości spodków wyglądał komicznie, a nie uwodzicielsko ;) Sposób, w jaki Scarlett wszystko straciła – nie każdy by potrafił tak widowiskowo schrzanić sobie życie :)

A jeśli się nie lubi Scarlett (ponoć są tacy ;D) i nie rusza kogoś Romans Wszech Czasów, zawsze warto zobaczyć, jak się robiło filmy siedemdziesiąt lat temu. Rozmach, piękne kostiumy, wielkie sceny zbiorowe poprzeplatane zupełnie anachroniczną chwilami grą aktorską i malowanymi tłami rozczulają. Poza tym, drogie panie, która z nas nie chciałaby mieć sukni, którą zajęłaby szczelnie całą kanapę? ;D

Podróż przedślubna

Nawet świąteczna ramówka może człowieka pozytywnie zaskoczyć. Głównie tym, że coś, co zapowiadało się na niezłą szmirę, wcale nią nie było. Gdy się czyta w programie telewizyjnym zapowiedź w stylu “On jedzie na wesele i spotyka Ją. Jadą razem przez Stany i mają dużo przygód”, zakończenie wydaje się jasne. Rzut oka na obsadę tylko utwierdza w przekonaniu, że nie warto. Okazuje się jednak, że książek nie ocenia się po okładce, a filmów po opisach z “Tele Świata”.

Sandra Bullock jest aktorką całkiem niezłą, więc nie zaskoczyła mnie ani na plus, ani na minus. Natomiast Ben Affleck, którego dotąd darzyłam umiarkowaną sympatią, po raz pierwszy mnie do siebie przekonał. Może dlatego, że nie grał zblazowanego maczo mena, tylko zwykłego faceta, który się czegoś boi, a czegoś wstydzi. No i ta scena striptizu w barze dla gejów- bezcenna :)

Scenariusz nie jest może zaskakujący, ale ogląda się przyjemnie, a końcówka filmu mnie pozytywnie zaskoczyła. No i samo przesłanie jest mi szczególnie bliskie – pojawiają się w naszym życiu ludzie, którzy zmieniają nasze patrzenie na życie, a potem znikają. I to nie jest smutne ani  denerwujące, tylko piękne.

Jak na hollywoodzką produkcję taśmową – naprawdę warto.

Jak ja nie znoszę powitań…

Posted in Różne tagi on luty 12, 2009 by bonduelle

… powiedział Smerf Maruda, będący moim niebieskim wcieleniem. Ale do rzeczy, przedstawianie się do przyjemnych nie należy, ale miejmy to za sobą.

*bierze pięć głębokich wdechów*

Mam na imię Ola (choć w internecie piszę jako Bonduelle, a w liceum ludzie wołali na mnie “Łysy”) i mam za dużo wolnego czasu problem. Za dużo czytam, za dużo piszę, oglądam za dużo filmów i klipów. Co gorsza, mam wielką potrzebę wyrabiania sobie poglądu na temat tego, co zobaczyłam i dzielenia się nim z innymi. Znajomi dawno przestali znosić mój słowotok (w przeciwieństwie do mnie mają jeszcze resztki dobrego gustu i jako tacy nie mogą mieć nic do powiedzenia w kwestii papki, jaką zaśmiecam sobie mózg), więc postanowiłam swoje marudzenie publikować w sieci. Będę pisać głównie dla własnej satysfakcji, choć oczywiście czytelnicy, zwłaszcza ci komentujący, będą mile widziani :)

Jeśli chodzi o tematykę, to będzie tu pewnie niezły groch z kapustą – przede wszystkim fan fiction, książki, filmy, muzyka, może anime. Nie umiem powiedzieć co przeważy albo czy pojawi się coś jeszcze, czego nie wymieniłam – czas pokaże :)

Na koniec trochę faktografii: autorka bloga ma 19 lat (jeszcze tylko pół roku bycia nastolatką ;_;), studiuje Biotechnologię w jęz. angielskim na Politechnice Łódzkiej, mieszka w pięknym mieście Łodzi i nadaje imiona przedmiotom. Ma też szereg innych skrzywień, ale nie chce nimi przerażać czytelników ;]