Ach, te bestsellery!

23 sie

Aż dziw bierze, ale mimo że jestem molem książkowym, pierwszy raz będę tu pisać o książkach. Może dlatego, że za bardzo cenię literaturę jako taką żeby po niej jechać? ;) Tak czy inaczej, pora przerwać zmowę milczenia – i od razu bez litości, bo ponarzekam sobie na popularne ostatnio książki, które trafiły mi w ręce. Od razu zastrzegam, że czytanie pozycji umieszczanych w rankingach “Top” w Empikach czy innych sieciówkach nie jest moim stałym zwyczajem. Pomijając już fakt, że w Empiku można sobie wykupić umieszczenie własnej książki na Top regale, to zazwyczaj znajdują się tam kolejne tomy sagi nad rozlewiskiem czy inne Zmierzchy, słowem – nic wartościowego. Raczej zaliczam się do osób czytających same ramoty (określenie Mamy), no ale tak się złożyło, że kilka świeżynek też zdarzało mi się zaliczyć. Zapraszam do lektury:)

Francine Prose – Pierwsza miłość

Zanim napiszę coś więcej, muszę wyrazić gorącą potrzebę wybatożenia tłumacza za przełożenie tytułu “Goldengrove” (nazwa księgarni prowadzonej przez ojca głównej bohaterki) na “Pierwsza miłość”. Zgoda, tytuł oryginalny o treści nie mówi absolutnie nic, ale tłumaczenie swoją kiczowatością dodatkowo odstrasza i każe przypuszczać, że będziemy mieć do czynienia z lukrowaną historyjką o miłości. Wydawca strzelił sobie zapewne w kolano, bo część potencjalnych czytelników tytuł zwyczajnie zniechęcił. No, ale do rzeczy.

“Pierwsza miłość” znalazła się w moim posiadaniu na skutek splotu trzech okoliczności: po pierwsze miałam na tyle gotówki żeby pozwolić sobie na burżujską przyjemność zakupu książki (co zdarza się rzadko), po drugie – bardzo stylowa okładka przykuła mój wzrok (lubię matową twardą oprawę), po trzecie – opis z tyłu tejże obiecywał coś więcej niż kolejną Wzruszającą Opowieść O Kobiecie, Która Na Prowincji, Przerzucając Gnój, Odkryła Sens Życia i Znalazła Miłość. Pisząc bardzo w skrócie – autorka opisuje zmagania nastolatki, która próbuje się pozbierać po tragicznej śmierci siostry. I nie ma tu smętku niczym u Stephenie Meyer pt. “siedzę i patrzę w okno, a o moim bólu czytelnika przekonują puste kartki”, choć oczywiście pustka i nieumiejętność znalezienia sobie miejsca jest stale przewijającym się motywem, tyle że opisanym (ech, nigdy dość jeżdżenia po pani Meyer). Bardzo mi się natomiast spodobał wątek – żeby za dużo nie ujawnić, to ograniczę się do ogólników – relacji Nico z chłopakiem swojej siostry. Fakt, że mało czytam książek o podobnej tematyce, ale sposób ukazania tej znajomości wydał mi się niezwykle poruszający i wiarygodny. Z resztą dokładnie to samo można powiedzieć o całej książce – nie sili się na akrobacje fabularne, jest prosta i jasna w przekazie, ale przez cały czas wierzyłam w jej szczerość. No, może oprócz kilku ostatnich stron, na których autorka przeskakuje w czasie o dobre kilkanaście lat do przodu i psuje nastrój zapewniając nas, że wszyscy – na tyle, na ile to możliwe – żyli długo i szczęśliwie. Wybitnie nie trawię rdzennie amerykańskiej skłonności do stawiania kropki nad i w każdej sytuacji. Zwłaszcza że jest to zazwyczaj gigantyczna kropa wielkości dorodnej dyni.

Mimo zakończenia (zawsze można wyrwać kilka ostatnich kartek ;D) szczerze polecam “Pierwszą miłość”. Postaci są świetnie zarysowane i bardzo konkretnie osadzone w rzeczywistości – Francine Prose świetnie zauważyła, jak wielką rolę w naszym życiu i budowaniu wspomnień budzą drobne doznania – smaki, zapachy, widoki, piosenki. Nico walczy o to, żeby kiedyś móc posłuchać “My Funny Valentine” albo zjeść lody pistacjowe bez bólu. Chyba każdy z nas zna ten fenomen, jakim jest na przykład nagły skurcz żołądka przy usłyszeniu rzewnej balladki, przy której kiedyś… etc. Rozmarzyłam się:)

Jed Rubenfeld – Sekret Freuda

Znów tłumacz niepotrzebnie wtłoczył powieść do szufladki razem z fafdziesięcioma “dziełami” w stylu “Klubu Dantego”, “Cienia Poego”, sekretów Szekspira, Dickensa czy co tam jeszcze wymyślono. Odnoszę wrażenie, że każdemu człowiekowi, który cokolwiek znaczył dorzucono do życiorysu jakiś quasiskandal, a potem napisano o tym powieść. W oryginale bowiem powieść nazywa się “The interpretation of murder” i zaskakująco nieźle oddaje, o co na kartach książki chodzi – choć przyznać trzeba, że tytuł przetłumaczony też całkiem z kapelusza wyciągnięty nie jest.

W historii pojawiają się zarówno Freud, jak i Jung, ale – na całe szczęście – nie są ani ofiarami, ani głównymi złoczyńcami. Pojawiają się w tle jako postaci drugoplanowe, co jest dla autora idealnym pretekstem do poczęstowania czytelników anegdotkami na temat twórców psychoanalizy (choć to kwestia gustu, czy naprawdę chce się wiedzieć o Freudowskich problemach z pęcherzem ;>) a przede wszystkim – do wyjaśnienia całej teorii. Okazuje się, że zrozumienie podstawowych założeń psychoanalizy jest niezbędne do ogarnięcia intrygi. Która, nawiasem mówiąc, jest typowo kryminalna, tajemnicza śmierć, wielu podejrzanych i mroczne strony Nowego Jorku na dobitkę. Zagadka nie jest jednak prosta i zakończenie nie wydaje się oczywiste po stu stronach – a to zdaje się dobrze, choć możliwe że czytam po prostu za mało kryminałów żeby je szybko rozgryzać:) Zakończenie wydało mi się co prawda ciut naciągane, ale może to być kwestia mojego poczucia, że po tak umiejętnym budowaniu klimatu przez ponad 400 stron czytelnik zasługuje na wyśmienite zakończenie, a nie tylko dobre. Niemniej książkę oceniam pozytywnie, także z powodu wspomnianych wtrętów o psychoanalizie. Nie żebym zgadzała się z teorią, że każdy chłopak marzy o seksie z matką a dziewczynka – podkochuje się w ojcu, ale jak by nie patrzeć taki pogląd jest sporym krokiem naprzód w psychologii :)

PS. A książkę polecał na swojej oficjalnej stronie Jenson Button ;) I dzięki za książkę Martuśkowi, od której dostałam ją na urodziny:)

Jarosław Grzędowicz – Wypychacz zwierząt

Zawsze gdy piszę o fantastyce, konkretniej – o literaturze fantastycznej – mam wrażenie, że coś jest nie tak. Doskwiera mi fakt, że nie mam wystarczających kompetencji, żeby stwierdzić czy coś mi się nie podoba dlatego, że jest słabe, czy może dlatego, że stylistyka mi nie pasuje. A że stylistyka mi nie pasuje, nie pałam chęcią do zwiększania kompetencji. I koło się zamyka, jak mówił Tym w pewnym genialnym skeczu.

Ponoć nazwisko Grzędowicza sporo znaczy w środowisku polskich czytelników fantastyki. Nie wiem, bo do tego grona się nie zaliczam, więc do zbioru opowiadań tegoż autora absolutnie nie wiedząc czego się spodziewać. Kuzyn dał mi książkę mówiąc jedynie, że to przyjemne historyjki do czytania w pociągu. Poniekąd to prawda – opowiadania czyta się łatwo i szybko, choć znaczna większość ma raczej przygnębiający, a na pewno mało optymistyczny charakter. Rozpiętość tematów robi spore wrażenie – są i historyjki o duchach, opowieść kata będącego na krawędzi pomieszania zmysłów, poznajemy wypychacza – czy raczej ożywiacza zwierząt… Sporo opowiadań oscyluje jednak wokół (fascynującej skondinąd) idei historii alternatywnych czy konsekwencji podróżowania w czasie i zmiany biegu wydarzeń. Grzędowicz miał sporo niezłych pomysłów, jednak chwilami jego styl mocno mi przeszkadzał. Przede wszystkim wszystkie historie pisane są z męskiej perspektywy, więc musi być szorstko, bez czułostkowości i z zapachem whiskey i tytoniu w tle. Język był prosty i klarowny, ale… no właśnie. Nie mówię, że słowna ekwilibrystyka jak u Thackeraya mnie niesamowicie bawi, ale pisanie to nie tylko rzemiosło, w tekście powinno być nieco finezji, nie tylko porządna stolarka:) Zdaniem znajomej, której opinię w kwestii fantastyki bardzo cenię, Grzędowicz ma bardzo dobre pióro na tle innych autorów gatunku, więc może lepiej że po nich nie sięgam. Z resztą – podobne zastrzeżenia mam do pióra Sapkowskiego, który też się wyróżnia in plus. Wniosek – chyba problem leży we mnie;)

Tak czy inaczej – opowiadania mi się podobały, a kilka zmusiło do dłuższego zastanowienia, mogę więc zarekomendować nie tylko miłośnikom fantastyki. (Aha, ilustracje bardzo nie w moim guście; okładka w życiu by mnie nie zachęciła do zakupu)


Audrey Niffenegger – Zaklęci w czasie (znana też jako “Żona podróżnika w czasie” i “Miłość ponad czasem”)

Ostatnio na ekranach kin gościła ekranizacja tej powieści (Eric Bana, mniam! Udowodnił, że odstające uszy mogą być seksowne i był jedynym sensownym aktorem w “Troi”), więc zgodnie z naczelną zasadą oglądania adaptacji filmowych stwierdziłam, że nie pójdę na film póki nie przeczytam oryginału. W międzyczasie film zszedł z afiszy, ale w końcu powieść dopadłam, dodatkowo napędzana jej obecnością na TEJ liście. A jakie by nie były kryteria wyboru, obecność na liście “Top 100″ zobowiązuje.

Trzeba przyznać, że historia opowiedziana w powieści jest na swój sposób urocza i momentami wzruszająca. Losy bohaterów poznajemy z dwóch punktów widzenia – podróżującego w czasie Henry’ego i próbującej układać sobie życie z ciągle znikającym mężczyzną Clare. Oboje są barwnymi, wielowymiarowymi postaciami; autorka bardzo zadbała, by każde z nich miało swoją pasję, znajomych, sprawy. Niby rzecz oczywista, ale to różni dobrą powieść od taniego romansidła – harlequinowe postaci nie robią niczego poza umieraniem z miłości, a o zainteresowaniach można tylko pomarzyć. Tak więc Henry i Clare kochają sztukę, chodzą na koncerty the Stooges, miewają romanse i problemy w pracy. Ale przede wszystkim kochają się mimo rzadkiej choroby (tak, tak, podróż w czasie umożliwiają odpowiednie geny) i walczą o swoje szczęście. Godny uznania jest fakt, że autorka bardzo dobrze sobie radzi z licznymi przeskokami o miesiące, a nawet lata, nie powodując u czytającego poczucia zagubienia.

Wszystko ślicznie, ale nie byłabym sobą, gdybym nie wbiła “Zaklętym w czasie” małej szpili. Otóż w książce pojawiało się całkiem sporo francuskich cytatów, tyle że żaden (!!!) nie był zapisany poprawnie. Nie były to może wielkie błędy gramatyczne, niemniej ortografia leżała i kwiczała. Poza tym pojawiały się kwiatki w rodzaju tygodnia trwającego 10 dni (zarówno 14 lipca jak i 24 lipca przypadał w czwartek)… Nie wiem, czy zawinił tłumacz, autorka czy korektor, ale na pewno ten ostatni powinien był wszelkie niedociągnięcia wyłapać. A musiało być ich sporo, bo ludzki mózg jest tak skonstruowany że pojedyncze potknięcia często pomija.

Podsumowując, “Zaklęci w czasie” to bardzo dobre, przemyślane… czytadełko. Może nawet do przeczytania na więcej niż jeden raz, można się wzruszyć, ale pozycja na liście “Top 100″ w pierwszej sześćdziesiątce, wyżej od niektórych pozycji Faulknera i Dickensa, to gruba przesada. No, ale o gustach… i tak dalej.


Eric-Emmanuel Schmitt – Odette i inne historie miłosne

Ech, te zawiedzione nadzieje. Ten zbiorek opowiadań dostałam od Martuśka (:*) na 21. urodziny, a gdy brałam go do ręki, zazwyczaj znajdował się znajomy nadciągający z zawołaniem “Ojeeeeej, czytasz Odette? To jest taka kochana książka, bardzo ją lubię!”. Trudno się więc było nie nastawiać na – jeśli nie istne cudo – to przynajmniej książkę niezwykłą.

Mam jednak wrażenie, że działa tu efekt “Skoro napisał o Oskarze i pani Róży, to teraz wszystko, co wyjdzie spod pióra Schmitta musi być ciepłe i mądre zarazem”. Gdyby “Odette” była pisana pod pseudonimem, pewnie nie wzbudziłaby zainteresowania. Historie bowiem…zgoda, są słodkie, troszkę smutne i niezmiennie przekonujące że warto kochać, ale… takie, jakich wiele. No, może oprócz “Obcej”, ale że siła tego opowiadania kryje się w puencie, to nic więcej nie powiem. Dobrze mnie zrozumcie – to nie są złe opowiadania. Mają jasną konstrukcję, jest element zaskoczenia (choć nie jakiegoś ogromnego, niektóre zwroty akcji daje się przewidzieć), są wyraźne postaci. Pytanie tylko – czy jest przed czym bić pokłony. Dla mnie w dobrej i wartej polecenia książce musi być jeden z dwóch elementów: albo wybitny język (Masłowska!), albo niesamowita opowieść. Dzieła wybitne mają oba elementy. Schmitt natomiast pisze prosto, niemal jak dla dzieci, a historie nie są niczym, czego nie wymyśliłby sam czytelnik.

Czytać można, nawet ze sporą przyjemnością. Idealna lektura na upały, do pociągów i tramwajów. Ale życia nie zmieni:)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.