Starcie nowego ze starym, czyli po raz enty filmy o miłości

22 wrz

Gdyby ktoś na podstawie lektury tego bloga postanowił wysnuwać wnioski na temat mojego gustu filmowego, musiałby stwierdzić że życie upływa mi na nadmiernym wczuwaniu się w romansidła (nie jest to dalekie od prawdy, but still. Przyrzekam, czasem oglądam też coś innego!). Niezależnie od przyczyn tego stanu rzeczy, dziś znów zapraszam na spotkanie z wątkami miłosnymi  – w czterech nowoczesnych odsłonach i jednej retro.

Beastly

Jako purystka adaptacyjna (bo film jest adaptacją książki o tym samym tytule, skierowanej dla grupy wiekowej <15) najpierw zapoznałam się z drukowanym pierwowzorem. Mogłabym w sobie w zasadzie odpuścić, bo fabuła nie jest na tyle zawiła, żeby mój umysł nie był w stanie jej ogarnąć bez uprzedniej lektury, ale o dziwo znalazłam w powieści jedno przyjemne zaskoczenie. Otóż główny bohater sporo swoich przemyśleń dzielił z innymi “dziwadłami” (dosłownie) na czacie i to rozmowy z internetowymi znajomymi motywowały go do wielu działań. Jako że pisanie na komputerze nie jest zbyt “ekranizowalną” czynnością (o czym zapomnieli twórcy “Samotności w sieci”. Skutek: tysiące widzów konających z nudów w kinach), ten wątek został niemal zupełnie pominięty. Szkoda, bo za jednym zamachem straciliśmy możliwość wglądu w postać Kyle’a i element autoironii – o ile pisarka momentami puszczała oko do widza, to scenarzyści podeszli do historii ze śmiertelną powagą.

No dobrze, ale o czym właściwie opowiada “Beastly”? Jeśli powiem, że jest to uwspółcześniona wersja “Pięknej i Bestii”, to właściwie wszystko będzie jasne. Ale gwoli dokładności – mamy rozpaskudzonego przystojniaczka, kóry za karę za podłość i nieliczenie się z ludźmi dostaje brzydką facjatę i rok, by znaleźć kogoś, kto go pokocha (w zasadzie gro z nas ma taki quest, z tym że po znalezieniu Tego/Tej nie doznajemy cudownej przemiany. Co nieźle zostało pokazane w “Shreku”). I oczywiście znajduje, powielając dokładnie baśniowy schemat, pięknieje na powrót i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. No, prawie. SPOILER ALERT! ;)

Waham się w ocenie tego “dzieła” z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że choć film początkowo bije dużo piany na temat płytkości współczesnego świata, który stawia głównie na urodę, to jednocześnie robiąc z tej sprawy zagadnienie sam niejako wpisuje się w to przywiązywanie zbyt dużej wagi to tego, co mało ważne. Poza tym – Bestia był ukarany naprawdę przerażającym wyglądem – pokryty sierścią i dziwnie przygarbiony zdecydowanie bardziej przypominał zwierzę niż człowieka. A Kyle? Parę tatuaży, łysa głowa i blizny. Może nie za przyjemnie, ale jeśli takiego człowieka nazwiemy nieludzkim potworem, to automatycznie do tej kategorii wrzucamy też np. osoby ciężko poparzone. So much for correctness.

Po drugie – aktorstwo. Vanessa Huggens, znana światu z Czernobyla intelektualnego, jakim jest High School Musical, radzi sobie zaskakująco poprawnie, ale nic ponadto. Natomiast Alex Pettyfer wypadł dość papierowo Nie ukrywam, że jako wzrokowiec oglądałam film w głównej mierze dla niego, bo facet jestwkurzająco wręcz przystojny. Dowód?

Problem w tym, że aktor wydaje się doskonale świadomy swojej atrakcyjności, a że zdaje się należeć do tych, którzy w każdej roli grają siebie (koronnym przykładem pozostaje Adam Brody), ta niesympatyczność przenosi się na kreowaną przez niego postać. Kyle’a średnio daje się więc lubić, mimo to – jakimś cudem, bo naprawdę żadna w tym zasługa gry aktorskiej Pettyfera – gdy pod koniec patrzy błagalnie na swoją lubą, jest to w pewien sposób przejmujące. Ale może to tylko kwestia mojego kibicowania większości związków, które widzę ;)

Czy polecać ten film? W sumie tak, biorąc pod uwagę że target jest bombardowany fatalną wizją związków promowaną w “Zmierzchu” (Narzeczony – stalker? Taaaaak, poproszę!). Gimnazjalistki, do których “Beastly” jest kierowane, nie będą się krzywić na grę aktorską (wiem co mówię, mnie w tym wieku podobało się “Pearl Harbor”). A cała reszta świata przejdzie obok filmu zupełnie obojętnie.

No strings attached / Sex story

Znów zacznę od narzekania na polski tytuł. Jaki sens ma zamienianie jednego angielskiego tytułu na inny? Gdyby producenci chcieli, by film nazywał się “Sex story”, to tak właśnie by go nazwali. Meh.

Wystarczającym powodem obejrzenia “No strings…” była dla mnie możliwość zobaczenia Natalie Portman w nietypowej dla siebie roli (nie przypominam sobie, by kiedykolwiek grała główną rolę w komedyjce romantycznej). Stwierdziłam, że jak by nie było oskarowa aktorka nie będzie marnować czasu na banalne filmy. Hm…

Takie czasy, że obecnie “typowy” związek idzie od seksu do miłości, o ile w ogóle dociera do tego drugiego. “Sex Story” opowiada właśnie taką historię – ambitna młoda lekarka nie ma czasu na sentymentalne bzdury, więc kiedy wreszcie godzi się na swojego rodzaju z układ z kolegą wodzącym za nią maślanym wzrokiem, to tylko pod warunkiem, że na seksie się skończy. Nic zaskakującego – w trakcie filmu zmieni zdanie i dojdzie do wniosku, że te sentymenty nie są złe, a nawet wręcz potrzebne.

Przy okazji spłycając przesłanie całości. Mogliśmy dostać bohaterkę, która obywa się bez faceta w swoim życiu, ale umie go docenić, kiedy się pojawi, a tym czasem mamy kogoś, kto najwyraźniej w związku nie był, bo z jakichś nie tłumaczonych nam przyczyn najwyraźniej się tego bał. Ale czego ja oczekuję? Po tylu latach oglądania romantycznych komedii powinnam się w końcu nauczyć, że w nich zawsze podstawowym problemem bohaterki (uświadomionym lub nie, w tym wypadku akurat nie) jest brak mężczyzny u boku. Paradoksalnie jest to chyba najmniej feministyczny ze wszystkich gatunków filmowych; w filmach akcji przynajmniej czasem się zdarzy, że kobieta oprócz bycia czyjąś byłą/obecną/przyszłą wybranką np. umie komuś skopać tyłek. Patrz Ripley w “Obcym”.

Do aktorstwa i realizacji nie ma się w zasadzie jak przyczepić – Natalie Portman to aktorka z górnej półki, a Kutcher jest komediowym wyrobnikiem, więc poradzili sobie bez problemu. Piosenki w tle adekwatne do sytuacji, ilość grypsów odpowiednia żeby raz na jakiś czas się uśmiechnąć. Obejrzeć można, zwłaszcza przy ciężkim PMS-ie, kiedy jedynym sposobem na przetrwanie wydaje się siedzenie pod kocem z wielką tabliczką mlecznej czekolady Fazera. Ale już wracać do “No strings attached” nie zamierzam. Ot, koleja sprawnie wyprodukowana hollywoodzka papka.

PS. Jest jedna rzecz, która mnie w filmie roczuliła na tyle, że udało mi się ją zapamiętać. W jednej z ostatnich scen bohaterowie wyglądają tak uroczo śpiąc razem! :)

Tristan i Izolda

No nie, wygląda na to, że nie dość, że oglądam same romansidła, to jeszcze zamiast kierować się przy ich doborze jakimiś sensownymi przesłankami, lecę na przeatrakcyjne buzie. Tym razem moje krótkowzroczne oczy padły na pysznego Jamesa Franco, który moim zdaniem ma potencjał następcy Marlona Brando czy Jamesa Deana (którego z resztą kiedyś zagrał). Poza tym film akurat był w telewizji, a mnie i mamie się nudziło ;) I tak powstał chocapic oto zetknęłam się z ekranizacją jednej z najpopularniejszych historii miłosnych wszech czasów.

(Wstawiam Tristana/Jamesa jako dostateczne wytłumaczenie czemu warto. Mimo, że Tristan przez cały film ma fryzurę silnie inspirowaną mopem Vileda)

“Tristana i Izoldę” czytałam w gimnazjum i przyrzekłam sobie nie robić tego więcej (nieco ponad sto stron, a męka niesamowita; konstrukcja romansów rycerskich straszliwie nudzi), ale i tak odnoszę wrażenie, że wersja filmowa jest umiarkowanie wierną adaptacją. Nie liczę tego za minus, bo do samej legendy mam stosunek obojętny, poza tym póki historia jest spójna, można przemycić sporo odstępstw od pierwotnej wersji historii. W każdym razie – mamy młodego gniewnego Tristana, który jedzie dla swojego przybranego ojca Marka po żonę. Okazuje się, że jest nią kobieta, która niegdyś uratowała mu życie i w której się zakochał – tu chyba swoboda interpretacyjna zaprowadziła scenarzystów w dziwne rejony. O ile mnie pamięć nie myli (a może mylić, gimnazjum było tak dawno), Tristan pokochał Izoldę gdy już wiedział, komu jest przeznaczona, i to na dobitkę po wypiciu eliksiru miłosnego. Popsioczyłam chwilę w duchu nad takim odbieganiem od historii, ale postanowiłam oglądać dalej.

A dalej do przewidzenia i niezwykle przypominając wydarzenia z pretensjonalnego dość “Rycerza Króla Artura” z Richardem Gere, Julią Ormond i Seanem Connerym. Młoda żona, mąż poczciwina, jurny kochanek. Te same dylematy, smutny koniec. O ile jednak Ginewrę jakoś dało się zrozumieć (mąż może i dobry, ale starszawy i hym… no nie każdemu zadaniu podoła), to zachowanie Izoldy już znacznie mniej. Tristan wypada bowiem w zderzeniu z Markiem niesamowicie blado. Może i mieć tę swoją śliczną buzię, ale zachowuje się jak rozkapryszony i wiecznie na coś nadąsany gówniarz. A Marek nie dość, że przystojny (w nieco szorstki, ale baaardzo interesujący sposób), to jeszcze odpowiedzialny i godny zaufania, ale przy tym jak się wydaje – bardzo zakochany i namiętny. Co najśmieszniejsze, Izolda dostrzega zalety męża i w jakiś sposób go kocha, tylko że… hm, Tristana jakby bardziej. Na widok takich rozmemłanych bohaterek, które rzucają wszystko i wyłączają rozum, bo luby chce się spotkać mam ochotę rzucać ciężkimi przedmiotami.

Jak się nad tym dobrze zastanowić, sam fakt że kilka miesięcy po obejrzeniu filmu nadal się irytuję wyborami bohaterów, jest swojego rodzaju zaletą. W końcu najgorsze, co może się zdarzyć oglądającemu to zupełna obojętność na to, czy postaci przeżyją, czy też np. stratują ich borsuki. Tu zdecydowanie jestem daleka od obojętności, ale mam świadomość że wszystko to dzięki genialnej kreacji Rufusa Sewella. Franco przy nim zupełnie gaśnie (inna sprawa, że z tak napisanej roli wiele się wycisnąć nie dało) – ale śliczny jest nadal, więc wizualnie film się broni :)

Meant to be

Kolejną pozycję wynalazłam po długim szperaniu w odmętach internetu, zaintrygowana aktorami, których znałam z mniejszych rólek gdzie indziej – Kelly Reilly z “Dumy i Uprzedzenia”, a Santiago Cabrerę z mojego guilty pleasure, czyli serialu “Merlin”. Nie mam pojęcia czy ten film gdziekolwiek wyświetlano, sądząc z ilości kopii na serwerach – nie bardzo. Co samo w sobie nie wróżyło dobrze, ale skoro zadałam sobie trud, głupio nie obejrzeć.

Fabuła może co pragmatyczniejszych zniechęcać zbytnim ubajkowieniem, ale jako że komedie romantyczne z natury swojej nie mają nic wspólnego z rzeczywistością (za to je kochamy), nie bądźmy tacy drobiazgowi ;) Młoda pani architekt przybywa do Puerto Rico odrestaurować stary kościół, przy okazji poznając dwóch mężczyzn. Jeden to rywal zawodowy i zarazem dość stereotypowy latino lover, a drugi… hm, jej anioł stróż. Dowiedziawszy się że jego podopieczna więcej nie będzie potrzebować jego usług, bo pozna mężczyznę życia, postanawia w sposób widzialny zaingerować w jej losy. Bo, jak się okazuje, kochał ją od zawsze w niekoniecznie platoniczny sposób.

Gdy już się przełknie nie dla każdego strawny pomysł, okazuje się że w scenariuszu drzemie pewien potencjał. Sporo pomysłów dało się w ciekawy sposób rozwinąć, ale jednocześnie równie wiele było ślepych zaułków – na przykład dziwny happening na plaży albo tajemnicze źródło majątku Gigi, która dopiero pod koniec filmu odniosła sukces zawodowy, wcześniej zajmując się nicnierobieniem. Chyba że tak to się robi w Puerto Rico ;) Równie irytujące były wszechobecne strzelby Czechowa, czyli przedmioty, cechy i sytuacji wprowadzane tylko po to, żeby potem się na coś przydać. Było to szyte tak grubymi nićmi, że momentami odbierało przyjemność oglądania. Która nie była taka znów szczątkowa. Sporo było w filmie słodkiej naiwności, a Santiago Carbera (nierzadko bez koszuli) umie strzelić spojrzeniem smutnego, szukającego miłości spaniela.

Choć przesłanie filmu częściowo jest niegłupie (facet, który wie o Tobie wszystko, i to nie wiadomo skąd jest lekko creepy),to z drugiej strony pachnie naiwnymi gadkami o przeznaczeniu rodem ze straszliwych i frustrujących “Igraszek losu”. W którymś momencie latynoski amant oświadcza, że może i o swojej drugiej niewiele wie, ale tu (wskazując na porośniętą sierścią klatę) czuje, że to ta jedyna. Trochę ten tekst każe mi myśleć o wszelkich znajomych, co to pojechały do Tunezji na wczasy i wróciły z mężem. Jurni Arabowie pewnie też podrywają na takie gadki.

Sklep na rogu / A shop around the corner

Właśnie uświadomiłam sobie, że jest to chyba najstarsza komedia romantyczna, jaką widziałam, bo nakręcona została w 1940 (!) roku. Trzeba przyznać, że jest uroczą i pełną staroświeckiego wdzięku starszą panią. W przeciwieństwie do swojej burackiej dość reinterpretacji, jaką było nakręcone pod koniec lat 90. “Masz wiadomość”.

W tego typu filmach uwielbiam klasyczną prostotę scenariusza – dwoje sprzedawców z Budapeszteńskiego sklepu na co dzień się nie znosi, a w wolnych chwilach – zupełnie nie zdając sobie sprawy z tożsamości adresata -  piszą do siebie romantyczne listy. Swoją drogą pomysł znalezienia korespondencyjnego przyjaciela z gazety wydaje mi się zupełnie egzotyczny; ciekawa jestem też o ile “Sklep na rogu” zwiększył popularność tego typu zawierania znajomości ;)

Wiele było rozczulających mnie elementów “Sklepie”. Po pierwsze zupełnie inny sposób kręcenia filmu, bardziej przywodzący na myśl teatr. Nie tylko w dekoracjach (Budapeszt filmowy nawet chyba nie próbował być Budapesztem), ale też grze aktorskiej. Twórcy filmowi wydawali się lepiej od współczesnych rozumieć, że film to nie życie, tylko jego przekształcony obraz, a umowność jest też środkiem wyrazu. Zarówno w detalach (Budapeszt mógł być przecież gdziekolwiek, a w tym wypadku – ewidentnie w Hollywoodzkim studiu), jak i konstruowaniu fabuły. Wątki drastyczne można przecież pokazać przez niedopowiedzenie, niekoniecznie epatując fizjologicznymi szczegółami; nierzadko ten pierwszy sposób wywiera większe wrażenie. Poza tym ujmująca jest przedwojenna kultura bycia, z uprzejmością dla obcych i marginesem kultury nawet wtedy, gdy rozmawia się z adwersarzem (para głównych bohaterów nawet kłócąc się nie wykroczyła poza granicę dobrego smaku). Nade wszystko jednak – gra aktorska. Jak to się dzieje, że kiedyś aktorom udawało się wyrazić całą paletę uczuć swoich bohaterów, umiejętnie grając spojrzeniem i gestem kreować barwne i prawdziwe osobowości. Szczególnie James Stewart podbijał mnie w każdej scenie.

Ciekawe, że mimo że żadne z filmowych kochanków do urodziwych nie należało (oczywiście o gustach… i tak dalej), udało im się wcielić w typowo romantyczne role bez problemu. Co dodatkowo obnaża nędzę współczesnego Hollywood, które happy endy serwuje tylko pięknym, a jeśli i szaraczkowi coś się trafi, to pomimo tego handicapu.

A tak na marginesie – mam wrażenie, że główni bohaterowie nawet bez pisania do siebie listów w końcu by się znaleźli. Pewnie zajęłoby im to nieporównywalnie dłużej, ale wyraźnie ich do siebie ciągnęło- jeszcze raz wyrazy uznania dla kreujących te postaci.

I już na koniec – rozłożyła mnie na łopatki ostatnia scena. Czy jest coś bardziej trącącego myszką niż pas do skarpet? ;)

Tagi: , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.