Ekranowi Wspaniali Mężczyźni

W gimnazjalnych czasach, jak niemal każda dziewczyna w moim wieku marząca o chłopaku (czasem konkretnym, czasem jakimkolwiek. Podziękowania dla społeczeństwa za wbijanie takich dążeń do głowy dziewczynom jeszcze w podstawówce, czyli za wcześnie), obejrzałam taką dawkę komedii romantycznych, która starczy mi na całe życie. Gdy wracam do tych filmów po latach, często nie jestem w stanie ich znieść, bo prezentują wizje związków, od których mam ochotę uciec na bezludną wyspę. No wiecie – znalezienie partnera jako główny cel egzystencji na łez padole, kto się czubi ten się lubi, czyli toksyczne relacje z kimś, kto do nas zupełnie nie pasuje, jakże seksowni zazdrośnicy i tyrani (Zmierzch! 50 twarzy Greya!), te klimaty. Porzuciłam więc ten gatunek i historie miłosne oglądam teraz niemal tylko wtedy, gdy bohaterowie hasają w pięknych kostiumach sprzed lat. Ostatnio temat powrócił w rozmowie z moim stylistą, kolegą z pracy, life coachem i przyjacielem-gejem w jednym (nie wiem jakim cudem udało mi się bez niego przebrnąć przez 25 lat życia): zaczął on się ode mnie domagać wymienienia romantycznych historii, które mi się podobają i zapadły mi w pamięć. Po latach rozmów z mądrymi feministkami i własnych rozkmin, które większość romansów odarło z wszelkiego uroku, zostało z moich wczesnonastoletnich zachwytów i marzeń niewiele, zauważyłam jednak pewną prawidłowość – istnieje jeden określony filmowy Prawdziwy Mężczyzna, który powoduje u mnie drżenie serca. Nie ma on bardzo sprecyzowanych cech, charakteryzuje go przede wszystkim sposób, w jaki buduje relacje ze swoją wybranką.

Czytaj dalej

Reklamy

Wygrzebani na Spotify: Nowe Nadzieje

No dobra, przyznaję się – jestem typowym neofitą Spotify. Bardzo długo unikałam tego serwisu, ale wraz z regularną pensją pozwalającą nie tylko na podstawowe potrzeby skończyły mi się wymówki źeby nie płacić za muzykę. Nie będę wdawać się w dyskusję na temat tego, czy streaming zabija przemysł muzyczny, wiem jedno – w moim wypadku korzystanie ze Spotify daje same korzyści. Póki co historia mojego słuchania nie jest wykorzystywana przez reklamodawców (jestem jednym z tych ludzi, którzy instalują adblocki gdzie się da), za to zmyślne algorytmy podpowiadają mi wykonawców, którzy mogą mi się spodobać przez co tydzień uaktualnianią playlistę „Odkryj w tym tygodniu”. Muszę przyznać, że bezduszne komputery robią dobrą robotę  – na tyle, że chciałabym się z Wami podzielić ich sugestiami. Sami młodzi i dobrze się zapowiadający wykonawcy z cudownymi głosami, więc jeśli tak jak ja uwielbiacie dobry wokal, zapraszam.

Czytaj dalej

Bez kategorii

Goodbye, so long, adieu

Coby podbić atmosferę smutku spowodowanego tym, że coś się kończy (nawet jeśli to serial. Jeśli ktoś jeszcze nie zauważył – tak, przywiązuję się do fikcyjnych postaci. Powiedzcie przy mnie „Syriusz Black” i cieszcie się moją reakcją), proponuję odpowiednio melancholijny utwór na rozgrzewkę:

Oj, ta muzyka z Cowboy Bebopa, bezbłędna. No, ale ja nie o tym. Dziś o serialach, które ostatnio* skończyłam oglądać – albo dlatego, że niedawno zakończono emisję, albo dlatego, że w końcu się z nimi uporałam.

Czytaj dalej

Czar prysł. O muzyce, którą kiedyś lubiłam

Jak (niemal) każdy, lubię od czasu do czasu wrócić do muzyki, której słuchałam ładnych parę lat temu. Niemal zawsze jest ona w mojej głowie związana z konkretnymi ludźmi, miejscami czy wydarzeniami, więc odtwarzanie kawałków, do których mam sentyment to tania i niezawodna metoda podróżowania myślami w czasie. Często po prostu dobrze się tego słucha, bo nie mam w mojej muzycznej historii niczego skrajnie kompromitującego. Są też jednak artyści, którzy owszem – wywołują wspomnienia, ale muzycznie nie poruszają absolutnie żadnej mojej czułej struny. W ich poszukiwaniu wybrałam się na mój profil na last.fm (który, mimo zmiany na gorsze, wciąż jest dobrym zapisem ewolucji mojego gustu przez ostatnie dziesięć lat) i wybrałam tych muzyków, których kiedyś słuchałam na okrągło, a teraz zupełnie nie mam potrzeby do nich wracać.

Czytaj dalej

Śmieszne życie anglofila

 

Jak to często zauważa moja północnoirlandzka współlokatorka (i pewnie każdy, kto rozmawiał ze mną na tematy kulturowe na tyle długo, że w końcu padło hasło „BBC”, a ja nie mogłam się zamknąć), myślami żyję w brytyjskiej bańce. Oglądam tamtejsze seriale, słucham niemal wyłącznie ichniego radia, ogarniam nazwiska ważniejszych prezenterów i dobrze zapowiadających się aktorów. Sama nie wiem gdzie i kiedy to się zaczęło, ale podejrzewam głęboką podstawówkę, kiedy chodzenie na angielski po lekcjach nie było oczywistością, a pewnym snobizmem (ach, te śmieszno-straszne lata 90.). A na tych lekcjach w szkole językowej karmiono nas dość intensywnie wyspiarską, a nie amerykańską kulturą – i tak po latach indoktrynacji mam w głowie zakodowane, że to, co Brytyjskie (zazwyczaj) jest dobre i można zaufać, że nawet jeśli się nam nie spodoba, to przynajmniej będzie zrobione porządnie. Jeśli się nad tym zastanowić, to bardzo niewiele razy się przejechałam na tym założeniu 😉

Dziś jednak nie o mojej anglofilii w ogóle, a jej dość specyficznym aspekcie – brytyjskim humorze. Z różnych powodów mam problemy z wieloma komediami i kabaretami, ale jeśli coś obliczonego na śmiech widza dobrze znoszę, to zazwyczaj pochodzi to znad Tamizy. Opiszę więc trzy zjawiska, które mogły zdobyć popularność w Wielkiej Brytanii, choć spełnieniem moich marzeń byłoby przeszczepienie ich do Polski.

Czytaj dalej

Moja własna lista wstydu – reality show, które oglądałam

Nie ma co się oszukiwać – niemal każdy, kto posiada(ł) telewizor oglądał jakieś reality show. Czasem z zaangażowaniem, czasem z przypadku (wiecie, znajomy oglądał, a wy akurat przechodziliście. A potem znacie imiona wszystkich uczestników. No, jasne.) Szaleństwo nie ominęło i mnie, bo od początku XXI wieku po prostu nie da się uniknąć tych produkcji, które jak wiadomo są lepiej wyreżyserowane niż niejeden serial. Właściwie trudno mi teraz przychodzi rozgraniczenie w głowie tego, co reality show jest, a co nie – mam wrażenie, że niemal każdy teleturniej też posiada elementy zaglądania ludziom to talerza/łóżka. Tylko patrzeć, aż w „Jaka to melodia” będzie się zmuszać uczestników do opowiadania o swoich problemach osobistych. Tak czy inaczej – w kolejności z grubsza chronologicznej, oto lista bezwartościowych pożeraczy czasu, którymi w swoim czasie się ekscytowałam. Wycieczka w przeszłość inspirowana porotem na antenę jedynego, niepowtarzalnego programu, któremu na imię…

Czytaj dalej

Sześciu internetowych recenzentów-śmieszków, którzy naprawdę mnie śmieszą

W ostatnich latach kanały youtuberów (w szczególności recenzentów) wyrastają jak grzyby po deszczu, bo wiadomo – każdy z nas czuje, że ma coś do powiedzenia, sporo osób lubi przy tym się pokazać przed kamerą. Poza tym najpopularniejsi w branży bez problemu się z takiej gadaniny utrzymują, co tylko inspiruje kolejne rzesze gadaczy do dzielenia się swoimi opiniami ze światem. Tak się jakoś składa, że większość tego typu „sław” zupełnie umyka mojej uwadze, bo z natury unikam tego, czym wszyscy się niesamowicie ekscytują (z tego powodu wciąż mam przed sobą „Grę o Tron” i „House of Cards”) i czekam, aż szum się skończy. Nie żyję jednak na bezludnej wyspie, a poza tym w czasie studiów potrzebowałam materiału do prokrastynacji – siłą rzeczy naoglądałam się zdecydowanie zbyt wielu internetowych recenzji. Umówmy się – to nie jest pożyteczna forma rozrywki. Zamiast oglądać kogoś, kto mówi o filmie, lepiej obejrzeć (jakikolwiek) film, poza tym – wiele kanałów skupia się na wyśmiewaniu tego, co bardzo słabe, a takimi gniotami tak naprawdę w ogóle nie należałoby się zajmować, nawet dla beki. Ale mimo że to wszystko wiem, (za) często wieczorem mam tak sprasowany mózg, że nie jestem w stanie przyswoić wiele więcej niż czyjeś szydercze gadanie na możliwie głupi temat. Zapraszam na listę moich ulubionych youtuberów*, może kogoś zainspiruje do jeszcze mniej produktywnego spędzania czasu 😉

Czytaj dalej