Wygrzebani na Spotify: Nowe Nadzieje

No dobra, przyznaję się – jestem typowym neofitą Spotify. Bardzo długo unikałam tego serwisu, ale wraz z regularną pensją pozwalającą nie tylko na podstawowe potrzeby skończyły mi się wymówki źeby nie płacić za muzykę. Nie będę wdawać się w dyskusję na temat tego, czy streaming zabija przemysł muzyczny, wiem jedno – w moim wypadku korzystanie ze Spotify daje same korzyści. Póki co historia mojego słuchania nie jest wykorzystywana przez reklamodawców (jestem jednym z tych ludzi, którzy instalują adblocki gdzie się da), za to zmyślne algorytmy podpowiadają mi wykonawców, którzy mogą mi się spodobać przez co tydzień uaktualnianią playlistę „Odkryj w tym tygodniu”. Muszę przyznać, że bezduszne komputery robią dobrą robotę  – na tyle, że chciałabym się z Wami podzielić ich sugestiami. Sami młodzi i dobrze się zapowiadający wykonawcy z cudownymi głosami, więc jeśli tak jak ja uwielbiacie dobry wokal, zapraszam.

Czytaj dalej

Bez kategorii

Goodbye, so long, adieu

Coby podbić atmosferę smutku spowodowanego tym, że coś się kończy (nawet jeśli to serial. Jeśli ktoś jeszcze nie zauważył – tak, przywiązuję się do fikcyjnych postaci. Powiedzcie przy mnie „Syriusz Black” i cieszcie się moją reakcją), proponuję odpowiednio melancholijny utwór na rozgrzewkę:

Oj, ta muzyka z Cowboy Bebopa, bezbłędna. No, ale ja nie o tym. Dziś o serialach, które ostatnio* skończyłam oglądać – albo dlatego, że niedawno zakończono emisję, albo dlatego, że w końcu się z nimi uporałam.

Czytaj dalej

Czar prysł. O muzyce, którą kiedyś lubiłam

Jak (niemal) każdy, lubię od czasu do czasu wrócić do muzyki, której słuchałam ładnych parę lat temu. Niemal zawsze jest ona w mojej głowie związana z konkretnymi ludźmi, miejscami czy wydarzeniami, więc odtwarzanie kawałków, do których mam sentyment to tania i niezawodna metoda podróżowania myślami w czasie. Często po prostu dobrze się tego słucha, bo nie mam w mojej muzycznej historii niczego skrajnie kompromitującego. Są też jednak artyści, którzy owszem – wywołują wspomnienia, ale muzycznie nie poruszają absolutnie żadnej mojej czułej struny. W ich poszukiwaniu wybrałam się na mój profil na last.fm (który, mimo zmiany na gorsze, wciąż jest dobrym zapisem ewolucji mojego gustu przez ostatnie dziesięć lat) i wybrałam tych muzyków, których kiedyś słuchałam na okrągło, a teraz zupełnie nie mam potrzeby do nich wracać.

Czytaj dalej

Śmieszne życie anglofila

 

Jak to często zauważa moja północnoirlandzka współlokatorka (i pewnie każdy, kto rozmawiał ze mną na tematy kulturowe na tyle długo, że w końcu padło hasło „BBC”, a ja nie mogłam się zamknąć), myślami żyję w brytyjskiej bańce. Oglądam tamtejsze seriale, słucham niemal wyłącznie ichniego radia, ogarniam nazwiska ważniejszych prezenterów i dobrze zapowiadających się aktorów. Sama nie wiem gdzie i kiedy to się zaczęło, ale podejrzewam głęboką podstawówkę, kiedy chodzenie na angielski po lekcjach nie było oczywistością, a pewnym snobizmem (ach, te śmieszno-straszne lata 90.). A na tych lekcjach w szkole językowej karmiono nas dość intensywnie wyspiarską, a nie amerykańską kulturą – i tak po latach indoktrynacji mam w głowie zakodowane, że to, co Brytyjskie (zazwyczaj) jest dobre i można zaufać, że nawet jeśli się nam nie spodoba, to przynajmniej będzie zrobione porządnie. Jeśli się nad tym zastanowić, to bardzo niewiele razy się przejechałam na tym założeniu😉

Dziś jednak nie o mojej anglofilii w ogóle, a jej dość specyficznym aspekcie – brytyjskim humorze. Z różnych powodów mam problemy z wieloma komediami i kabaretami, ale jeśli coś obliczonego na śmiech widza dobrze znoszę, to zazwyczaj pochodzi to znad Tamizy. Opiszę więc trzy zjawiska, które mogły zdobyć popularność w Wielkiej Brytanii, choć spełnieniem moich marzeń byłoby przeszczepienie ich do Polski.

Czytaj dalej

Moja własna lista wstydu – reality show, które oglądałam

Nie ma co się oszukiwać – niemal każdy, kto posiada(ł) telewizor oglądał jakieś reality show. Czasem z zaangażowaniem, czasem z przypadku (wiecie, znajomy oglądał, a wy akurat przechodziliście. A potem znacie imiona wszystkich uczestników. No, jasne.) Szaleństwo nie ominęło i mnie, bo od początku XXI wieku po prostu nie da się uniknąć tych produkcji, które jak wiadomo są lepiej wyreżyserowane niż niejeden serial. Właściwie trudno mi teraz przychodzi rozgraniczenie w głowie tego, co reality show jest, a co nie – mam wrażenie, że niemal każdy teleturniej też posiada elementy zaglądania ludziom to talerza/łóżka. Tylko patrzeć, aż w „Jaka to melodia” będzie się zmuszać uczestników do opowiadania o swoich problemach osobistych. Tak czy inaczej – w kolejności z grubsza chronologicznej, oto lista bezwartościowych pożeraczy czasu, którymi w swoim czasie się ekscytowałam. Wycieczka w przeszłość inspirowana porotem na antenę jedynego, niepowtarzalnego programu, któremu na imię…

Czytaj dalej

Sześciu internetowych recenzentów-śmieszków, którzy naprawdę mnie śmieszą

W ostatnich latach kanały youtuberów (w szczególności recenzentów) wyrastają jak grzyby po deszczu, bo wiadomo – każdy z nas czuje, że ma coś do powiedzenia, sporo osób lubi przy tym się pokazać przed kamerą. Poza tym najpopularniejsi w branży bez problemu się z takiej gadaniny utrzymują, co tylko inspiruje kolejne rzesze gadaczy do dzielenia się swoimi opiniami ze światem. Tak się jakoś składa, że większość tego typu „sław” zupełnie umyka mojej uwadze, bo z natury unikam tego, czym wszyscy się niesamowicie ekscytują (z tego powodu wciąż mam przed sobą „Grę o Tron” i „House of Cards”) i czekam, aż szum się skończy. Nie żyję jednak na bezludnej wyspie, a poza tym w czasie studiów potrzebowałam materiału do prokrastynacji – siłą rzeczy naoglądałam się zdecydowanie zbyt wielu internetowych recenzji. Umówmy się – to nie jest pożyteczna forma rozrywki. Zamiast oglądać kogoś, kto mówi o filmie, lepiej obejrzeć (jakikolwiek) film, poza tym – wiele kanałów skupia się na wyśmiewaniu tego, co bardzo słabe, a takimi gniotami tak naprawdę w ogóle nie należałoby się zajmować, nawet dla beki. Ale mimo że to wszystko wiem, (za) często wieczorem mam tak sprasowany mózg, że nie jestem w stanie przyswoić wiele więcej niż czyjeś szydercze gadanie na możliwie głupi temat. Zapraszam na listę moich ulubionych youtuberów*, może kogoś zainspiruje do jeszcze mniej produktywnego spędzania czasu😉

Czytaj dalej

Timing is everything

Prawda to znana i oklepana, ale powieść (czy w ogóle literatura, Stendhal mi wybaczy, że rozszerzam jego tezę) jest zwierciadłem przechadzającym się po dziedzińcu. Niesie to za sobą wiele wspaniałych doświadczeń, jak choćby to, że ulubiona książka za każdym przeczytaniem jest inna, bo i my się zmieniamy i dostrzegamy w ukochanych historiach nasze własne przemyślenia. Jest coś wspaniałego w tym, że ulubione powieści kształtują nas, ale i my w jakiś sposób mamy na nie wpływ i żyjemy z nimi w ścisłym związku. Przynajmniej ja tak mam; są też przecież ludzie, którzy z reguły nie czytają. Albo czytają, ale tylko literaturę faktu. Albo czytają dużo, ale nie mają potrzeby wczuwania się w historię, utożsamiania się z postaciami czy choćby wyobrażania sobie jak wyglądają. Znam członków każdej z tych grup i często są to ludzie o wiele ode mnie inteligentniejsi, więc daleko mi to prostackich wniosków typu “nie czytają powieści, więc są głupi”. Niemniej jednak ze mną jest inaczej – ja się (przesadnie) wczuwam. I do moich ukochanych bohaterów wracałabym w nieskończoność, gdyby nie to, że lista pozycji do przeczytania stale rośnie i ciekawość pcha mnie wciąż do tych nowych, niepoznanych tytułów, a starych książkowych przyjaciół zostawiam sobie na bliżej nieokreślone “kiedyś”.

Czasem jednak wracam i okazuje się, że literacki pierwowzór jest o wiele mniej wartościowy niż to sobie zapamiętałam. Do tej pory pamiętam lekkie zażenowanie, które poczułam kartkując znalezioną podczas porządków w domu “Anię na uniwersytecie”. Nigdy nie bylam jakoś specjalnie związana z tą akurat serią, ale do piątej bodaj części dotrwałam i nawet mi się podobało. Dziesięć lat i wiele książek później nie byłam jednak w stanie tego czytać.

Ostatnio zdarzyło mi się jednak coś zupełnie odwrotnego – pozycje, które same w sobie wybitne nie są, zrobiły na mnie o wiele większe wrażenie, niż logika nakazuje. No właśnie – klucz do tego, czy historia zapadnie nam w pamięć, czy nie, leży w sporej części w tym, kiedy się z nimi zetkniemy. Jak się nad tym zastanowić, to podobnie jest z ludźmi. Ci najbliżsi zostają z nami zawsze, możemy się z nimi długo nie widzieć, a potem się spotykamy i jest wspaniale. Są też tacy, z którymi trzymaliśmy się w szkole, bo po prostu byli “pod ręką”, ale potem z nich wyrastamy. I są w końcu ci, którzy pojawiają się trochę przypadkiem, nie zostaną pewnie na długo, ale w tym konkretnym momencie w życiu są tym, czego potrzebujemy.

Czytaj dalej